poniedziałek, 1 lutego 2016

Epilog "Przeznaczenie i nadzieja"


"Ja będę osobą na której ramieniu możesz sie wypłakać 
Ja będę samobójcą z miłości 
Będę lepszy kiedy będę starszy 
Będę najgłebszym ogniem Twojego życia."

Biała sala. Tak bardzo ich nienawidził. Czuł się tak, jakby cofnął się w czasie, ale tym razem nie był młodym, niedoświadczonym ćpunem, który nie ma za co żyć. Nie czuł przerażenia i strachu, nic go nie dusiło od środka. Nie był fanem szpitali, ale tym razem był podekscytowany i nie mógł się doczekać, aż to wszystko się skończy i będzie mógł ucałować swoją żonę, a potem zadzwonić do Cassandry i powiedzieć jej, aby przekazała Hope, że ma rodzeństwo i niedługo je zobaczy. Wszystko działo się szybko, a on sam nie pamiętał, kiedy ostatnio tak bardzo się stresował. Przed zaręczynami?

Pociły mu się ręce i nie wiedział, gdzie się podziać. Wszystko było już gotowe, a Alice z Rosalie pomogły mu przyszykować dom. Dobrze. One przyszykowały dom, a on chodził i marudził, klnąc na Emmetta i Jaspera, którzy się z niego nabijali. Miał oświadczyć się Isabelli i to nie było takie łatwe. Głupie, przewrotne życie! Robił tyle niebezpiecznych rzeczy i nie czuł strachu, ale bał się jednego, krótkiego słowa „nie”, które mogło paść z jej ust na jego pytanie. Teraz wiedział, dlatego to akurat kobiety były najniebezpieczniejszymi istotami na ziemi.

— Ma pan córeczkę.
Z zamyślenia wyrwał go głos lekarza. Edward drgnął i zdał sobie sprawę, że faktycznie słyszy płacz dziecka. Puścił spoconą dłoń Belli, aby przejąć małe zawiniątko, które delikatnie ułożono w jego ramionach. Spojrzał na mokrą, okrwawioną twarzyczkę córeczki i przetarł ją leciutko ręcznikiem, którym była owinięta. Pocałował ją w czoło.
— Destiny. Moje małe przeznaczenie.

Zerwał się z miejsca, zostawiając niedojedzoną kolację, a Bella spojrzała na niego zaniepokojona i nadziała na widelec pieczonego ziemniaczka. Martwiła się o Edwarda i znów miała ochotę zapytać, czy ten, aby na pewno dobrze się czuje. Pytała go o to wcześniej, to odpowiedział, że tak i owszem, kłamcą był utalentowanym, ale tym razem jakoś mu to nie szło. Uniosła dłoń z jedzeniem do ust, a miedzianowłosy padł przed nią na kolana.
— Isabello Marie Swan — zaczął drżącym głosem — kocham cię i będę cię kochał wiecznie. Czy zechcesz zostać moją żoną?
Nie mogło być tak łatwo. Miał jeszcze jedno pytanie, które miał zadać w imieniu Hope.
— I matką mojej córki?

Byli już na sali, gdzie Bella mogła odpocząć. Spała, a pielęgniarka przyszła z Destiny, która po badaniach okazała się okazem zdrowia, choć w ciąży były pewne problemy. Malutka spała tak smacznie, jak mama. Cullen wyjął telefon i zrobił zdjęcie, a potem przesłał do Hope, następnie do niej dzwoniąc.
— Jest taka mała! — pisnęła wesoło dziesięcioletnia już dziewczynka. — Kiedy będę mogła przyjechać do ciebie i mamy? Chcę poznać siostrę. Jak ma na imię?
— Destiny, tak, jak ustalaliśmy.
— Desiny i Hope Cullen — zaśmiała się radośnie.
— Przeznaczenie i nadzieja — odpowiedział miedzianowłosy, patrząc na swoją żonę, która właśnie otwierała oczy. 

__________________________________________________________________________
TO JUŻ JEST KONIEC, NIE MA JUŻ NIC. JESTEŚMY WOLNI, MOŻEMY IŚĆ - TAK WCZORAJ ZAKOŃCZYŁA SIĘ MOJA STUDNIÓWKA, A DZIŚ JA ZAKOŃCZĘ TAK TĘ HISTORIĘ, KTÓRĄ PISAŁAM PRAWIE TRZY LATA, A MOŻE I CZTERY? WIELE DO ŻYCZENIA ONA POZOSTAWIA, ALE... I TAK MI JAKOŚ SMUTNO, BO TO TYLE CZASU, TYLE NERWÓW I ŁEZ, I PRZYJAŹNI. WSZYSTKO SIĘ JEDNAK KOŃCZY, ABY COŚ INNEGO MOGŁO SIĘ ZACZĄĆ. UWIELBIAM ZMIERZCH, KOCHAM BELLĘ I EDWARDA, ALE CZAS NA COŚ MOJEGO,  NOWEGO, CHOĆ Z CULLENEM I SWAN BĘDĘ CAŁYM SERCEM, SENTYMENTEM I W OGÓLE ZAWSZE. DZIĘKUJĘ, ŻE ZE MNĄ BYLIŚCIE I MAM NADZIEJE, ŻE RAZEM ZE MNĄ POŻEGNACIE TĘ HISTORIĘ, A NIE MNIE! BO JA NIE ODCHODZĘ. 

Pozdrawiam,
CM Patzy.

wtorek, 26 stycznia 2016

28. "Moja historia"


"I jeśli będziemy żyć już na zawsze, zaciągnij zasłony w dół
Moglibyśmy być nieśmiertelni, nieśmiertelni
Choć nie na długo, na długo
Moglibyśmy być nieśmiertelni
Nieśmiertelni"

W pokoju było ciemno i panowała ciążąca cisza. Słyszeli swoje oddechy i naprzemienne bicie serca. Przez okno wpadał nikły promień światła księżycowego, ale było go naprawdę niewiele, bo przed położeniem się do łóżka, zasłoniła starannie zasłonę. Chciała się odciąć od całego świata i problemów, które miała. Nie było to jednak łatwe, straciła tę obojętność, z którą żyła przez wiele lat. Nie wiedziała, jak czuć się z nowoodkrytymi emocjami, o których zdążyła zapomnieć i odzwyczaić się od nich. Była to dla niej całkowita nowość, ale nie była w tym osamotniona, bo miedzianowłosy czuł się podobnie. Do tej pory pokazywał swoją prawdziwą twarz przy swojej córce, tylko przy niej. Nie spodziewał się kogoś nowego w swoim życiu, kogoś, na kim zacznie mu zależeć bardziej niż powinno. Nie podejrzewał też, że ten ktoś okaże się tak bardzo problematyczną osobą. Jego, na pozór, spokojne życie, stało się niepoukładane nawet dla obserwatora. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od choroby opiekunki, która nie wnosiła do jego życia nic, oprócz tego, że opiekowała się jego córką, gdy on nie mógł być dyspozycyjny i zajmował się interesami.
— No więc? — Ciszę przerwał ciekawy głos kobiety, która swoimi czekoladowymi oczami, wpatrywała się w mężczyznę. Powiedziała mu swoją historię, a w zamian oczekiwała tego samego, bo taka właśnie była umowa. Nie spodziewała się jednak, że będzie tak długo się na to zbierał, a dla niej powiedzenie czegoś o swojej przeszłości, też było uciążliwe i niemiłe, przywoływało wspomnienia, o których chciała zapomnieć, bo przecież to tak bardzo zniszczyło jej życie.
Miedzianowłosy spojrzał na Bellę i zaczął głośno się śmiać. Takiej reakcji się po nim nie spodziewała. Stawiałaby raczej na to, że się zdenerwuje i zirytuje, a potem wyjdzie bez słowa.
— Jesteś niemożliwa. Dusiłem to w sobie, a teraz mam ci powiedzieć, a ty, zamiast poczekać, jeszcze bardziej naciskasz — wydusił w końcu, nadal cicho chichocząc.
Bał się, więc śmiech mógł być naturalną tarczą obronną, aby pokazać, że wszystko jest dobrze i niczego się nie obawia. Prawda wyglądała tak, że Edward Cullen nie miał pojęcia od czego zacząć i zaczynał być na siebie zły za to, że w ogóle taki układ zaproponował. Chciał, aby to, co przeżył, pozostało w zamknięciu i już nie chciał nigdy tego wyciągać, ale ona… Była niemożliwa.
— Zacznijmy od pokoju — mruknęła.
— Należał do mnie — wyjaśnił krótko. — Mieszkałem w tej posiadłości od dziecka, razem z rodzicami. W wieku sześciu lat trafiłem do Esme i Carlisle’a. Esme to siostra mojej matki. Zmarłej matki. Ojciec zresztą też nie żyje — powiedział, ale nie mógł liczyć na to, że to kobiecie wystarczy. Pewnie tylko bardziej podsycało jej ciekawość.  
— Ale to nie wszystko?
— Nie, nie wszystko. Mówił ci ktoś, że jesteś irytująca? — Uniósł brew.
— Ty, ale przejdź do rzeczy — mruknęła, marszcząc brwi.
— To mi na to pozwól, naprawdę strasznie się wcinasz. Wiem, że ciekawość masz nieposkromioną, ale ja nie naciskałem, abyś wydusiła z siebie swoją bajkę.
Bajką na dobranoc ich historie raczej nie były, więc jego słowa śmierdziały ironią i sarkazmem na kilometr. Próbował jakoś się rozweselić przed wyrzuceniem tego bagna z siebie, a Bella… Nie krzyczał na nią, bo tymi swoimi docinkami i pytaniami, pomagała. Tak, głupio to brzmi, ale naprawdę mu pomagała, bo miał więcej czasu na rozmyślanie o tym, jak to powiedzieć, gdy się z nią droczył.
— Nie do końca wiem, o co chodziło ludziom, którzy skrzywdzili moją rodzinę. Najprawdopodobniej o jakieś długi. Jak mówiłem, miałem sześć lat — przypomniał — i nie zauważałem takich problemów, jak brak pieniędzy, tym bardziej, że Masonowie byli bogaci. I tu — mruknął — następna sprawa. Jestem Edward Masen, nie Cullen, ale nikt o tym nie wie, więc rozumiesz, że chciałbym, aby tak pozostało.
— Masen i nikt ma o tym nie wiedzieć, jasne — zaśmiała się.
Edward kiwnął głową i również posłał jej uśmiech, a potem przygasł i jakby zbladł. Isabella wyczuła, że nadchodzi gorsza część jego historii, więc przysunęła się do niego i złapała go za rękę, którą on delikatnie ścisnął.
— Byliśmy szczęśliwą rodziną. Ojciec strasznie kochał matkę. Mało pamiętam z tych dobrych chwil, ale to wiem na pewno. A ja byłem ich oczkiem w głowie. Miałem wszystko, co chciałem mieć. Tamtego dnia — westchnął — leżałem w swoim pokoju, tamtym zamkniętym, do którego wtargnęłaś. — Spojrzał na nią karcąco. Gdyby nie to, że nie poskromiła swojej ciekawości, to nie musiałby jej tego mówić, nie tak szybko. — Była ze mną mama. Czytała mi chyba. Pamiętam, że wpadł tato i mama nagle zbladła, porozumiewali się bez słów. Matka prosiła, aby ojciec nie wychodził i został w pokoju, ale on się nie posłuchał i potem słyszałem jakieś kroki. Po krótkim czasie tato wrócił do pokoju, barykadując go, ale nie zdążył zadzwonić po pomoc. Schowałem się pod łóżko, a moich rodziców zabito — wydusił z siebie, a po jego policzkach spływały łzy. Nie był świadom tego, że płakał. — Nie wiem, czemu mnie nie szukali. Może założyli, że mnie nie ma, że nie zdążyliby mnie schować. Albo byli w szoku, że zabili dwójkę ludzi. W każdym razie siedziałem pod łóżkiem do świtu, a gdy wyszedłem zauważyłem ciała swoich rodziców. Dalej nie pamiętam… Czarna dziura. Wspomnienia tam się urywają, a powracają w chwili, gdy zamieszkałem z Cullenami. Mieli ze mną masę problemów. — Wzruszył ramionami. — Teraz myślą, że wyszedłem na prostą, no wiesz, bez brudnych interesów. Też byś o tym nie wiedziała.
— Ale wiem, przez Jamesa — wtrąciła.
— Właśnie, przez Jamesa — mruknął.
Bella podczołgała się do Edwarda i przytuliła go. Nauczyła się hamować impulsywne odruchy, ale nie mogła patrzeć obojętnie na jego łzy. Dopiero teraz dostrzegła, dlaczego nie wydawał się przejęty jej losem. Sam miał o wiele gorzej. Musiał patrzeć na śmierć swoich rodziców, był tego świadkiem. Ona przynajmniej miała normalne i szczęśliwe dzieciństwo, a on nie miał szans zasmakować normalnego życia. Cały czas widmo tych zabójstw nad nim wisiało.
— Nie chcę współczucia — powiedział, kładąc głowę na jej ramieniu i wdychając jej zapach.
— To nie współczucie, sama go nienawidzę. To zwykły, ludzki odruch — szepnęła. — Od dawna takich nie miałam. Wszystko szlag trafił, gdy poznałam ciebie.
— Och, ironio — zaśmiał się. — To samo mogę powiedzieć o sobie i tobie. Wszystko zmieniłaś.
— To dobrze? Że tak się dzieje?
Edward wzruszył ramionami i wciągnął ją na swoje kolana, a ona oplotła go dłońmi.
— Sam nie wiem. Podoba mi się to, zazwyczaj, ale w większości czasu doprowadzasz mnie do szewskiej pasji. Z drugiej strony… Strasznie bym się teraz bez ciebie nudził.
— Tak? — Uniosła brew.
— Tak — przyznał, a potem jego usta opadły na jej miękkie wargi.

~*~

Było gorąco, bardzo ciepło. Miała lekkie problemy z oddychaniem i nie wiedziała, co było tego przyczyną. Nie chciała otwierać oczu, ale coś było nie tak. Zazwyczaj czuła się inaczej, gdy się budziła. Otworzyła oczy i napotkała… Właściwie to ciemność, bo Edward leżał tak wtulony w nią, że niemal na niej. Zaśmiała się, przypominając sobie, że jest inaczej, bo tym razem nie spała sama. Delikatnie wyswobodziła się z objęć mężczyzny i odetchnęła, czując przyjemny chłód. Ona się delikatnie odsunęła, a on zaczął po omacku szukać jej, a gdy na nią trafił, to przygarnął ją do siebie. Pomyślała, że był uroczy, i że nigdy nie był taki, gdy był swoich czynów świadomy. Chociaż… ostatniej nocy naprawdę ją zaskoczył. Od dawna się nie kochała. Uprawiała seks, ostry seks, pieprzyła lub była rżnięta, ale nie kochała się… Właściwie, nie oszukujmy się, nigdy. Pamiętała, jak pytała miedzianowłosego, czy się jej nie brzydzi. Zastanawiał się nad odpowiedzią, ale ostatecznie rzekł, że najwyższy czas zostawić przeszłość za sobą. Potem nad niczym się nie głowiła, zatraciła się w nim, razem z nim. A rano nadal był obok, przytulał jej nagie ciało do swojego.
Uniosła się na łokciu i przesunęła wargami po jego policzku. Czuła trzydniowy zarost, który delikatnie ją drapał, ale wcale to nie przeszkadzało. Było nawet przyjemne. Wczoraj czuła to delikatne drapanie niemal na całym ciele. Obserwowała go z niemałym zachwytem.
— Podoba ci się? — zapytał, wyrywając ją z transu.
— To, co widzę? — Uniosła brew. — Tak, nawet bardzo. — Odwróciła się do niego i delikatnie pocałowała.
Przekręcił się na bok, obejmując ją w talii i kładąc pod sobą, znów. Obcałowywał pocałunkami jej szyję i dekolt….
— Tatusiu! — Słodki głosik wołał, nieco przestraszony, bo Hope nie znalazła ojca w jego sypialni.
Edward zerwał się szybko z Belli, najpierw całując ją w nos, a potem wciągnął na siebie bokserki, a brunetce rzucił swoją koszulę. Ubrali się i miedzianowłosy wyjrzał z sypialni Belli.
— Tutaj, księżniczko — powiedział z uśmiechem, a Hope wskoczyła na niego.
— Schowałeś mi się! — krzyknęła i pocałowała ojca w czoło. Zerknęła na Bellę. — Spałeś tu?
— Spałem. — A żeby tylko.
Hope uśmiechnęła się pięknie i wskazała rączką na Bellę, więc Edward usiadł z nią na krawędzi łóżka, a mała spełzła z jego kolan i wtuliła się w kobietę. Isabella pocałowała ją w czółko i przeczesała jej długie włosy, które miały taki sam odcień, jak włosy jej ojca.
Od tamtej chwili wszystko miało być dobrze… 

__________________________________________________________________________
CZEŚĆ! CO BY TU POWIEDZIEĆ... HM, MOŻE ZACZNĘ OD TEGO, ŻE TO OSTATNI ROZDZIAŁ I CZEKA NAS TYLKO EPILOG, A 1 LUTEGO ROZPOCZYNAM NOWĄ HISTORIĘ. WIELE SPRAW NA AYC ZOSTAŁO NIEDOKOŃCZONYCH, ALE... MUSIAŁABYM ZMIENIAĆ WSZYSTKO. PISAŁAM TEGO BLOGA ZBYT DŁUGO. PRZEZ CAŁE LICEUM WIELE SIĘ NAUCZYŁAM I UWAŻAM, ŻE PISZĘ LEPIEJ. JEŚLI MIAŁABYM BYĆ ZADOWOLONA Z TEJ HISTORII, TO MOJE POPRAWKI MUSIAŁBY BYĆ USUNIĘCIEM WSZYSTKIEGO I ZACZĘCIEM OD NOWA, DLATEGO... TO OSTATNI ROZDZIAŁ, EPILOG, A POTEM NOWA HISTORIA, KTÓRA NIE BĘDZIE FANFICKIEM, ALE CZYMŚ CAŁKOWICIE MOIM, CO MAM W GŁOWIE OD KILKU LAT, JESZCZE ZA CZASÓW PISANIA Z JULKĄ... NAPRAWDĘ DAWNO. NA MOIM PROFILU WIDNIEJE LINK DO NOWEGO BLOGA, NIEDŁUGO DODAM I TUTAJ, NA KOŃCU MOJEGO MARUDZENIA.
ROZDZIAŁ JEST, JAKI JEST. ZARYS TEGO, CO MIAŁO BYĆ, WIDMO TEGO, CO JEST. SZKODA, ŻE TAK SIĘ TO POTOCZYŁO. W KAŻDYM RAZIE ZNAM JUŻ SWOJE BŁĘDY I Z NASTĘPNYM BLOGIEM TAK NIE BĘDZIE. MAM NADZIEJĘ, ŻE ZOSTANIECIE ZE MNĄ NA NIE ZMIERZCHOWEJ HISTORII. 
A W SOBOTĘ STUDNIÓWKA! NO, I STRACH PRZED MATURĄ :D.

Link do nowego bloga, który startuje 1 lutego:

Pozdrawiam po raz przedostatni,
CM Pattzy!

czwartek, 31 grudnia 2015

27. "Wątpliwości"


"W końcu 
Gdy rozpływasz się w nocy.
Kto opowie historię Twego życia?
I kto zapamięta Twoje ostatnie pożegnanie?
Ponieważ to koniec, nie boję się,
Nie boję się umrzeć."

W życiu każdego człowieka były sprawy, których po prostu nie chciało się poruszać, a jedynym pragnieniem było o nich zapomnieć tak, jakby nigdy się nie wydarzyły. Los potrafił być bardzo wredny, ponieważ zapominało się wiele szczęśliwych chwil z dzieciństwa, ale pamiętało się te, które najbardziej ranią ludzką psychikę. Nie pamięta się chwil, gdy wszystko było dobrze i uśmiech nie schodził z ust, ale we wspomnieniach pozostają momenty, w których cierpimy i widzimy lub słyszymy rzeczy, których nigdy nikt nie powinien zrobić albo wypowiedzieć. Nie da się tego wytłumaczyć człowiekowi, który z całych sił próbuje zapomnieć. Może jacyś psychologowie mają na to wyjaśnienie, ale zraniona osoba nie będzie potrafiła przyjąć tego do wiadomości. Jeszcze gorzej jest, jeśli z całych sił się próbuje, a nagle pojawia się ktoś, kto niszczy złudny, wytworzony ład i porządek, wprowadzając do życia dawne koszmary.
Był wściekły i bezsilny, nie miał pojęcia, co zrobić. Nie mógł jej przecież wyrzucić, choć miał na to wielką ochotę, ale już raz pozbył się jej ze swojego domu i skończyło się wspólnym przesiadywaniem w jakimś zamknięciu. Bella zrobiła źle. Nie dość, że szukała klucza, naruszając jego prywatność, bo przecież miał go schowanego w swoim gabinecie, to weszła do tego piekielnego pokoju, o którym istnieniu chciał zapomnieć, nigdy nie otwierać tamtych drzwi. Jej przepraszam nic nie dawało, a poza tym mógł się założyć, że nie było szczere. Nie żałowała, że tam weszła i nie miała zamiaru odpuścić. Widział to po jej ciekawskich oczach, które czujnie badały każdą jego reakcję. Czego on się po niej spodziewał? Po tej małej, wszędzie wtykającej nos osóbce? Że odpuści? Dobre sobie. Powinien był wiedzieć, że kobieta nie odpuści i będzie chciała dowiedzieć się, co było za tymi drzwiami. Nie podejrzewał jednak, że zrobi to w taki sposób, szukając klucza i się tam włamując. Stawiał raczej na opcję rozmowy z nim, naciskania, aby powiedział, co się tam znajduje, pokazał. I przez zaufanie, które między nimi się budowało Edward pozwalał wybiegać sobie w przyszłość, myśleć, że może powinien komuś o tym powiedzieć, bo to sprawi, że będzie mu lżej. Może byłaby to Bell, ale ona wszystko zniszczyła tym okropnym wtargnięciem, do miejsca, o którym nie powinna na razie nic wiedzieć.
— Jeszcze więcej pytań? — prychnął. — Wygląda na to, że będziesz musiała poradzić sobie z niewiedzą. — Odsunął ją od siebie. Przytłaczała go w tamtym momencie i sprawiała, że nie mógł oddychać. Widział wnętrze tego pokoju po raz pierwszy od wielu lat. Walczył z tym strachem, zamykając go na klucz w tamtym pomieszczeniu, a ona otworzyła to, jak jakąś puszkę Pandory, wypuszczając wszystkie złe wspomnienia.
— Co to za pokój, Edwardzie? — zapytała.
Mężczyzna prychnął i wywrócił oczami.
— Myślisz, że ci powiem? Tak nagle, bez żadnego problemu powiem tobie o tym, co chowałem przez tyle lat? Z jakiej racji? Co ja wiem o tobie, Bello? — Obserwował ją. — Pomagam kobiecie, której prawie nie znam. Nie wiem, czemu jesteś, a raczej byłaś, dziewczyną Jamesa. Nie mam bladego pojęcia, czemu się wpakowałaś w takie bagno. I wiesz co? — warknął. — Nie wypytuję, bo wiem, że to mogą być bolesne wspomnienia. Takie, o których nie chcesz mówić, a ty wtrącasz się wszędzie! Ten pokój był właśnie taką sprawą, o której chcę zapomnieć, a ty to wszystko zniszczyłaś!
— Przepraszam! Byłam ciekawa! — westchnęła. Głupio się czuła. Nie powinna tego robić, ale chęć odkrycia jego „sekretu” była zbyt wielka. Nie mogła tej ciekawości powstrzymać, a nawet nie chciała i nie próbowała.
— Byłaś ciekawa. Tak, to wiele tłumaczy! — powiedział i odsunął się od drzwi, mocno szarpiąc klamkę, chcąc sprawdzić, czy na pewno dobrze je zamknął. — Nie idź za mną — dodał, nie patrząc na Bellę i odchodząc, a klucz wkładając do kieszeni spodni.
Wszedł do swojego gabinetu, gdzie od razu do szklaneczki nalał sobie whisky. Nie chciał się na nią drzeć. Jeszcze przypadkiem Hope by ich usłyszała, a nie chciał martwić swojej córki wrzaskami. Kłótnie nie były dla dzieci dobre i chciał jej tego oszczędzić. Poza tym nie chciał też wyżywać się na Belli, choć był taki wściekły właśnie przez nią. Wolał to wszystko przemyśleć na spokojnie, napić się, zrelaksować, jeśli to możliwe, i potem porozmawiać z brunetką. To było o wiele doroślejsze, niż wzajemne wydzieranie się na siebie i wykrzykiwanie argumentów, i to nie całkiem składnych. Isabella broniła się tym, że była ciekawa, ale to w żaden sposób jej nie usprawiedliwiało i ona doskonale wiedziała, że w tej bitwie była na przegranej pozycji, bo to ona zrobiła źle i schrzaniła całą sprawę.
Nie wiedział, ile czasu minęło, ale czuł się znacznie lepiej, więc wstał i przeszedł do swojej sypialni, gdzie pozbył się garnituru, a potem poszedł do swojej córki. Cassie właśnie szykowała ją do spania po kąpieli, rozczesując jej długie włoski. Musiało minąć sporo czasu, skoro mała była już w domu i po kąpieli, ale nie wiedział dokładnie, która była godzina, bo nie spojrzał na zegarek.
— Edwardzie. — Uśmiechnęła się do miedzianowłosego, a on odwzajemnił ten gest i kiwnął głową.
— Dzięki, Cassandro, dzisiaj ja jej pomogę — powiadomił.
Niania pocałowała małą Hope w policzek i wyszła, zamykając za sobą cicho drzwi. Edward usiadł koło córeczki i wziął od niej grzebień. Rozczesał do końca jej kosmyki.
— Podsuszymy trochę, abyś się nie przeziębiła — oświadczył i poszedł po suszarkę, a potem podłączył ją do gniazdka przy łóżku i zajął się mokrymi włoskami córeczki. — Jak minął dzień?
— Całkiem fajnie — powiedziała, machając nogami. — Szkoda, że nie możemy wyjść razem w trójkę.
— Ja, ty i Cassie? — Uniósł brew, bo jego córka nigdy nie oczekiwała takich wypadów.
— Nie, głuptasku! — zaśmiała się i spojrzała pobłażliwie na ojca, tak, jakby to on był dzieckiem, a nie ona. — Ja, ty i Bella. Lubisz Bellę, prawda?
— Och, tak, żabko, lubię Bellę. Hm, wiesz? — Wyłączył suszarkę i posadził małą na swoich kolanach. — Może kiedyś zorganizujemy taki wypad — oświadczył, całując córkę w skroń.
— Naprawdę?! — pisnęła, natychmiast szeroko się uśmiechając.
— Naprawdę, a teraz sio, do łóżka. — Zaczął ją łaskotać, a Hope wskoczyła pod kołdrę. Edward położył się koło niej i ją do siebie mocno przytulił, cicho nucąc melodię, która zawsze ją usypiała. Sam przy niej zasypiał. Najpierw śpiewała mu ją jego matka, a potem ciocia Esme. Mocniej przytulił córkę i zaciągnął się jej zapachem. Nie mógł jej odmówić. Chciała spędzać czas z Bellą, bo ją polubiła i mężczyzna o tym wiedział. Z jednej strony nie miał nic przeciwko, a z drugiej martwił go ten fakt, bo nie wiadomo było, jak się potoczą sprawy między nim a kobietą, więc nie wiadomo, ile jeszcze Isabella zagości w ich życiu. Bał się tego, że jego córeczka się do niej przywiąże, a potem będzie sobie musiała poradzić z odejściem brunetki. Nie chciał jej na to narażać.
Czekał z malutką, aż ta zaśnie, a potem pocałował ją w czoło i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Miał dość tego dnia, ale musiał załatwić sprawę z Bellą, bo wiedział, że to nie da mu spać. Nie poszedł do siebie, ale do niej i zapukał cicho, a potem wszedł. Kobieta leżała na łóżku, ale nie spała. Widział światło z wyświetlacza jej telefonu. Wyglądała na smutną. Tknęło go coś, ale zaraz przypomniał sobie, że to nie on zawalił sprawę, a ona. Poza tym, od kiedy zaczął się przejmować uczuciami innych? Wiedział, że odkąd ją poznał, ale niezbyt skutecznie starał się to w sobie stłamsić.
Bella obwiniała się za to wszystko i cały dzień nie mogła na niczym się skupić. Już kilka razy chciała pójść do Edwarda, ale nie wiedziała, co miałaby powiedzieć, oprócz tego, że było jej przykro, że przeprasza, ale była ciekawa. Nadal nie miała innych argumentów na swoją obronę, bo te inne argumenty nie istniały.
— Przeszkadzam? — zapytał, a ona odwróciła się w jego stronę i wzruszyła ramionami, a potem spojrzała na niego, odkładając telefon.
— Nie — powiedziała i westchnęła ciężko. — Chcesz na mnie nakrzyczeć, bo jeśli tak…
— Hej, hola, spokojnie — mruknął i przysiadł na krawędzi łóżka. — Schowaj ten swój bojowy nastrój do kieszeni. Nie przyszedłem się kłócić.
Wyglądała na zdezorientowaną i właśnie taka była. Schrzaniła, oczekiwała na niezłą burę, a on przychodzi taki spokojny? Coś jej nie grało, ale jeszcze nie wiedziała, co dokładnie.
— Ale nie powiesz i też, co to za pokój, prawda? — Uniosła brew.
Zaśmiał się i pokręcił głową, a potem położył się na plecach, na jej łóżku. Wodziła za nim wzrokiem.
— Nie, nie powiem. Nie teraz. W ogóle nie chcę o tym mówić, Bello, czemu tak naciskasz? — westchnął. — Najpierw ty — mruknął po chwili. — Powiedz mi swoją historię — poprosił.
Spięła się i obserwowała go czujnie. To wydawało się fair. Ona chciała wiedzieć o nim wszystko, ale nie mówiąc nic o sobie. Nie mogła zjeść ciastka i mieć ciastko. Kiwnęła zrezygnowana głową.
— Miałam kochających rodziców. Właściwie to… miałam wszystko, co chciałam, Edwardzie. Dom, rodzinę, pieniądze, znajomych, plany — westchnęła, uśmiechając się blado. — Do dnia, w którym odkryłam, że matka i ojciec się rozstają, bo on miał inną. Wtedy wszystko zaczęło się sypać. Ojciec zniknął, nienawidzę go za to, a mama z każdym dniem była w gorszym stanie, aż… Zostałam sama. Długi, długi, długi… Nie za wiele pamiętam z tamtego okresu. Wiem, że ktoś chciał się na mnie zemścić, gonili mnie i wtedy znalazł mnie James. — Spojrzała na miedzianowłosego. — Uratował mnie, więc byłam jego dłużniczką. Musiałam spłacić dług. Pamiętam pierwszą noc. Bałam się, byłam zagubiona, ale… Każda kolejna przychodziła coraz łatwiej, a ja poczułam się stabilnie. Wiedziałam, że to złe, ale nic mi nie groziło. W dodatku stałam się ulubienicą Jamesa. Wtedy się z tego cieszyłam — zaśmiała się gorzko. — Potem jakoś to leciało, aż do telefonu Cassie. Wylądowałam tutaj i… resztę historii już znasz — zakończyła, wzruszając ramionami. — W skrócie byłam smutną dziewczyną po rozstaniu rodziców. Ojciec miał mnie gdzieś, a matka się zachlała, więc zaczęłam się puszczać.
Zmarszczył brwi, patrząc na nią. Nie wydawał się zdziwiony. Właściwie to spodziewał się takiej lub podobnej historii. Nie było w tym nic chamskiego, współczuł jej, ale wiedział, że nikt nie przeszedł tego, co on. Nie uważał, że cierpiała mniej. Dla każdego coś innego, dla niej mogło to być okropnym przeżyciem, a on… On chętnie by się z nią zamienił, może wtedy byłaby bardziej normalny?
— Teraz ty — powiedziała Bella, kładąc mu dłoń na policzku.
— Teraz ja… 

__________________________________________________________________________
CZEŚĆ! STRASZNIE SIĘ CIESZĘ, ŻE UDAŁO MI SIĘ WSTAWIĆ PRZED NOWYM ROKIEM. DZIEŃ, BO DZIEŃ, ALE JEDNAK. OBIECAŁAM SOBIE, ŻE NIE PÓJDĘ SPAĆ, DOPÓKI NIE WSTAWIĘ ROZDZIAŁU. MOŻE ZABRZMI TO ŹLE, ALE NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ, AŻ SKOŃCZĘ TEGO BLOGA. MOŻE KTOŚ SIĘ DOKOPAŁ [A JA WIEM, ŻE KTOŚ TAK, BO ZOSTAWIŁ KOMENTARZ O SZABLONIE! <3] DO MOJEGO NOWEGO BLOGA C: ZASKOCZENIE DLA OSÓBEK, KTÓRE MNIE ZNAJĄ OD DAWNA, JEŚLI TAKIE SĄ, MOJE POPRZEDNIE, CZTERY ALBO I NAWET PIĘĆ, BLOGI BYŁY O ZMIERZCHU, A TERAZ... A TERAZ NIE! MAM SZABLON, MAM ZWIASTUN, MAM UZUPEŁNIONE ZAKŁADKI, MAM NAPISANY PROLOG I POŁOWĘ PIERWSZEGO ROZDZIAŁU. NIEDŁUGO DOSTANIECIE LINKI, ALE NAJPIERW UPORAM SIĘ Z TĄ HISTORIĄ. MOŻLIWE TEŻ, ŻE WSTAWIĘ PROLOG I DAM WAM LINKA JUŻ W NASTĘPNYM ROZDZIALE TUTAJ, ALE TO SIĘ JESZCZE ZOBACZY, A WY JAK WOLICIE? 
MAM NADZIEJĘ, ŻE JAKOŚ DAŁO SIĘ PRZEBRNĄĆ PRZEZ TEN ROZDZIAŁ. ILE JESZCZE PLANUJĘ? ZOBACZĘ. DWA, TRZY. NIE WIĘCEJ. PROWADZĘ TEGO BLOGA OD GIMNAZJUM, A KOŃCZĘ JUŻ LICEUM :D TROCHĘ MINĘŁO. WSZYSTKO, CO DOBRE SIĘ KIEDYŚ KOŃCZY I ZA JAKIŚ CZAS PRZYJDZIE CZAS NA AT YOUR COMMAND, ALE TO ZA JAKIŚ CZAS!
BUZIOLE XX

Pozdrawiam,
CM Pattzy.

sobota, 28 listopada 2015

26. "Krwawy pokój"


"Budzę się w środku obłędu, którejś nocy,
z kilkoma łzami na mojej poduszce.
I na moim nożu jest krew,
która samotnie plami kartki
ale spłynęły z tej strony.
Czyja to może być krew?
Twoja czy moja?
Weź nóż i przekręć go
Gdzie moje serce?"

Cięcie. Scena pierwsza. Cięcie. Scena druga. Cięcie. Zmiana scenariusza. Nikt nie jest przygotowany na zmiany, jeśli ich nie planuje. Poukładane życie nagle sypie się i plan, według którego żyłeś nagle ma wiele wad. Widzisz to, co robiłeś źle, i to, co było nieodpowiednie. Nie możesz pojąć, dlaczego dostrzegłeś to dopiero teraz? Tak późno zauważyłeś, że twoje dotychczasowe życie miało w sobie tyle błędów i było tak mało warte. To przerażające. Byłeś ślepcem zapatrzonym w korzyści, nie obchodziło cię to, jak doszedłeś do celu. Ważne, że się udało. Nieważne, że po trupach.

~*~

Znowu wszystko było takie samo. Budziła się w pokoju, który jeszcze jakiś czas temu zajmowała. Czuła się tak, jakby te całe więzienie, które zdarzyło się jej i Edwardowi w ogóle nie miało miejsca. Różnica była taka, że nie pełniła w tym domu już funkcji opiekunki. Cassie wróciła i Bella nie musiała się opiekować małą Hope, a mimo to zabawa z dziewczynką sprawiała jej wiele przyjemności. Kontakty z Edwardem też miała coraz lepsze. Dogadywali się, ba, można nawet powiedzieć, że z przyjemnością spędzali z sobą czas. Powoli zmieniali o sobie zdanie. Cullen zaczynał rozumieć, że ta cała Swan wcale nie była taka zła za jaką się podawała. A ona niemal całymi dniami zastanawiała się, dlaczego miedzianowłosy udaje dupka, którym w rzeczywistości nie był. Był za to kochanym ojcem i całkiem niezłym towarzyszem do rozmów. To wszystko było takie niezrozumiałe. Jeszcze jakiś czas temu pomyślałaby, że takie życie nie jest w zasięgu jej ręki, nie uwierzyłaby, gdyby ktoś jej powiedział, że odwróci się od Jamesa i będzie próbowała uciec od tamtego życia. A właśnie tak się stało.
— Bello, czy ty mnie słuchasz? — zaśmiał się Edward, patrząc na brunetkę, która mechanicznie jadła swojego omleta, patrząc w jeden punkt. Oczy Bell skierowały się na mężczyznę.
— Wybacz — szepnęła z lekkim uśmiechem.
— Jestem aż taki nudny? — zaśmiał się cicho.
Szybko pokręciła zaprzeczająco głową.
— Nie, nie. Spokojnie — mruknęła. — Właśnie myślałam, że to wszystko jest śmieszne. Znaczy, no nasze kontakty. W sensie wiesz… Jeszcze jakiś czas temu…
— Rozumiem. Fakt, zabawne to wszystko — przyznał jej rację, kiwając głową. — Jakoś tak się stało. Narzekasz?
— Nie śmiałabym, jeszcze byś się zezłościł.
— Lubisz mnie złościć — zauważył.
— Śmiesznie wtedy wyglądasz — podłapała, zaczynając się z nim sprzeczać.
Edward uniósł brew w pytającym geście i w milczeniu wrócił do swojego omleta. Ja jej dam śmiesznie, pomyślał i pokręcił niezadowolony nosem. Miał coś już powiedzieć, ale w tej chwili do kuchni weszła, szurając nogami, zaspana Hope i wyciągnęła ręce w stronę ojca. Edward wstał i przygarnął ją do siebie, całując w czółko.
— Cześć, księżniczko — szepnął.
Bella uśmiechnęła się pod nosem. Mogłaby przywyknąć do takiego życia i oglądać taki obrazek na co dzień. To naprawdę było dla niej wspaniałe. To, jak bardzo jej życie się zmieniło i względnie stało się normalne.

No i jak to bywa w normalnej rodzinie, którą nie byli, ale nikt nie zabroni jej tak myśleć, Edward poszedł do pracy. Nie mówiła mu tego, ale zawsze czekała na jego powrót, a gdy wracał kamień spadał jej z serca. Bała się, że coś mu się stanie, bo znała Jamesa i wiedziała, że teraz nic się nie dzieje, ale właśnie o to chodziło Moore’owi. Chciał, aby poczuli się bezpiecznie, a potem zaatakuje w najmniej spodziewanym momencie. I bała się, że nie będzie chciał skrzywdzić tylko jej, ale i Edwarda albo, co gorsza, malutką Hope.
Cassie wyszła na zakupy, więc Isabella była sama w wielkim domu. Nie znała całej posiadłości, a przecież jakiś czas w niej mieszkała. Było ciepło, więc wyszła na zewnątrz i usiadła na tej samej huśtawce, na której spoczęła podczas pierwszej nocy w tym domu, gdy zatrzasnęły się drzwi i nie miała jak wejść do środka i, co było zmazą jej dumy, pomógł jej Edward. Zaśmiała się na to wspomnienie. To było przecież stosunkowo nie dawno, a tyle się zmieniło. Teraz darłaby się ze śmiechem, aby jej otworzył, bo utknęła na dworze. Tak, naprawdę wiele się zmieniło.
Wróciła, gdy zaczęło kropić. Pogoda najwyraźniej potrafiła być tak samo kapryśna i pogodna jak życie, bo ciągle coś się zmieniało wbrew woli. Nie dało się zapanować nad zmianami klimatycznymi i nad życiem chyba też nie, bo nikt nie wiedział, co się stanie. Dar przewidywania przyszłości byłby przydatny dla ludzkości, ale wtedy wszystko straciłoby swój urok tajemniczości i moc zaskakiwania. Tak źle i tak niedobrze. Trudno człowiekowi dogodzić.
Szła do swojego pokoju, gdy zerknęła na drzwi, które były zamknięte, a jej nie wolno było tam wchodzić. Była w domu sama, Edward wróci późno, Cassie z Hope pewnie schowali się przed ulewą w jakimś sklepie, bo lekka mżawka przerodziła się w wielką mżawkę. Przygryzła wargę. Przypomniała sobie, że gdy myszkowała w gabinecie Edwarda to w szufladzie, na samym jej dnie, znalazła woreczek z kluczem. Wcześniej uważała to za coś nieważnego. Jaka była głupia! To musiał być ten klucz. Niewiele myśląc, choć wiedziała, że nie powinna, skierowała się do gabinetu Edwarda i rzuciła się jak wygłodniała lwica na komodę, wyciągając z niej klucz. Był zwykły, niepozorny, zwykły klucz do zwykłych drzwi. Nie tracąc czasu wróciła na korytarz i stanęła przed drzwiami takimi, jak wszystkie inne na posesji, ale te, jako jedyne, nie licząc tych do piwnicy i na strych, były zamknięte.
Bella wsunęła kluczyk do zamka, lekko zaskrzypiało i stawiało opór, ale to dlatego, że drzwi musiały bardzo długo stać zamknięte. Z małym wysiłkiem przekręciła zamek, coś strzyknęło, a drzwi puściły i uchyliły się z lekkim skrzypnięciem. Wstrzymała oddech i przygryzła dolną wargę, pchając drzwi. Uchyliły się całkowicie, ale w środku było bardzo ciemno. Właściwie to nic nie było widać. Czuła zimny dreszcz. Nieco obawiała się tego, co tam zobaczy, bo gdyby to nie było nic ważnego to pokój byłby do zwykłego użytku, prawda? Przesunęła dłonią po ścianie, szukając włącznika i cofnęła dłoń, czując pajęczynę. Nienawidziła pająków i tego lepkiego gówna, jednak światło było jej potrzebne, więc znów położyła dłoń na ścianie i macała włącznika, krzywiąc się, gdy napotkała jakąś pajęczynę. W końcu zapaliło się światło. A właściwie prawie, bo lampka mignęła, zajarzyła lekkim światłem, a potem zgasła. Super, żarówka zdechła, pomyślała Bella. Szybko zbiegła do kuchni i wzięła latarkę oraz nową żarówkę i drabinkę. Wróciła do pokoju i nie rozglądając się znalazła żyrandol, postawiła drabinkę i trzymając latarkę w zębach wymieniła ją. Wróciła do włącznika i zapaliła go, a potem rozejrzała się po pomieszczeniu i to, co zobaczyła… Cóż, spodziewała się wszystkiego, ale nie dziecięcego pokoju.
Ściany były wyblakle niebieskie z paskami tapety w samolociki. Na ścianie przeciwległej do łóżka stał regał mebli z biurkiem. Na półkach było pełno figurek aut, dinozaurów i składanych samolotów oraz pluszaków, znalazły się też książeczki dla dzieci. Na dywanie były porozwalane w kącie klocki lego, do połowy ułożony jakiś domek i kilka ludzików. Zwykły pokój chłopczyka. Bella nic z tego nie rozumiała. Podeszła do okna zakrytego czarną zasłoną i odchyliła je. Firany były szare, wyblakłe, spadały z nich serpentyny pajęczyn, a gdy pająki poczuły ruch to pochowały się w zakamarkach. Brunetka odskoczyła jak oparzona i wylądowała na łóżku. Poczuła coś pod sobą, usiadła i wyjęła spod narzuty miśka. Wymemłanego, wytulanego, takiego najlepszego, które dziecko wszędzie ciągnie za sobą, bo to jego ukochana zabawka. A potem zobaczyła podrapane panele, jakby paznokciami wyżłobione, pod łóżkiem i częścią dywany. Wstała i odsunęła posłanie, a potem krzyknęła, zakrywając usta dłońmi. Czy to były plamy po krwi?! Bella spojrzała spanikowana po całym pomieszczeniu. Zauważyła takie same ślady na ścianie. Krew. To musiała być krew. Zaczęła szybciej oddychać. To był jakiś słaby żart? Bo wcale nie było jej do śmiechu. Podeszła do komody i zmarszczyła brwi, dotknęła okurzonych ramek i przesunęła dłonią po szkle, ścierając grubą warstwę kurzu. Na zdjęciu był uśmiechnięty miedzianowłosy chłopiec z rodzicami. I to był Edward.
Usłyszała coś. Myślała, że to Cassie i Hope wróciły. Odwróciła się, chcąc wybiec z pokoju i zamknąć drzwi, ale nie mogła. W przejściu stał Edward. Bella przygryzła wargę. Wiedziała, że ma problem. Widziała to po jego wzorku. Patrzył na nią tak, jak podczas pierwszych spotkań.
— Skąd masz klucz? — wysyczał wściekle.
— Ja… byłam ciekawa — powiedziała bez sił. Co miała robić? Kłamać, że klucz był w drzwiach? Pewnie. Sama doszła do tego, że od lat nikt tutaj nie wchodził. Przyjrzała się Cullenowi. Patrzył tylko na nią, nie rozglądał się po pokoju.
— To był twój pokój? — zapytała Bella. — To krew? — Wskazała na podłogę i ścianę. — Co się tu…
— Dość! — krzyknął miedzianowłosy. — Wynoś się z tego pokoju! Głucha jesteś? Wypierdalaj stąd!
Zaskoczona wyszła z pokoju, mijając mężczyznę, a on z trzaskiem zamknął drzwi, przekręcił klucz i oparł się o ścianę zamykając oczy.
— Edward. — Podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Ani drgnął. Przytuliła go delikatnie. — Edwardzie — powtórzyła.
— Nie mogłaś się posłuchać. Pewnie, że musiałaś tam wejść. Wpieprzać się tam, gdzie ciebie nie potrzeba! — wysyczał przez zaciśnięte zęby.
— Ja…
— Co ty? Ty nie chciałaś? Nie wiedziałaś? Ty musiałaś? Co ty, Bello? Powiedziałem wyraźnie! I jeszcze myszkowałaś w moim gabinecie za kluczem! — powiedział, odpychając ją od siebie.
Wzięła głęboki wdech i znów do niego podeszła. Nie miała teraz zamiaru tak łatwo odpuścić.
— Wiem, że źle zrobiłam, Edward. Myszkowałam u ciebie przed tym wszystkim. Znalazłam ten klucz, gdy przejmowałam tu obowiązki Cassie. Przepraszam!
— I co ci to dało, że tam zajrzałaś?!
— Jeszcze więcej pytań, Edwardzie — szepnęła, a on jęknął zrezygnowany. Patrzył na nią z bólem i strachem, bo wiedział, że nie uchroni się przed jej ciekawskim usposobieniem. 

_____________________________________________________________________________
CZEŚĆ I CZOŁEM. MAŁO MNIE TUTAJ, ALE ZABIEGANA JESTEM. NO I DOCZEKAŁAM SIĘ OSIEMNASTKI, ACH, KIEDYŚ NIE MOGŁAM SIĘ DOCZEKAĆ, A TERAZ TO W SUMIE SAMA NIE WIEM :p CHYBA LUBIĘ BYĆ DZIECKIEM, ALE TRZEBA WYDOROŚLEĆ. NAJPIERW TO ZDAĆ MATURĘ I WYJECHAĆ. MAM W PLANACH WROCŁAW. JEJU, JEJU, ABY MI SIĘ UDAŁO! 
ROZDZIAŁ WIELE ZMIENIA. TEN TAJEMNICZY POKÓJ. I JUŻ WIADOMO, CO TAM JEST! MAM ZAMIAR NADROBIĆ WASZE BLOGI! BO NIEŹLE TO ZANIEDBAŁAM, TAKŻE TEN, MIŁEGO CZYTANIA, A JA IDĘ CZYTAĆ DO WAS! JESZCZE TAK TYLKO POWIEM, ŻE AYC NIEDŁUGO SIĘ SKOŃCZY, A JA JUŻ PRACUJĘ NAD NOWYM POMYSŁEM. MAM BLOGA, MAM ZWIASTUN, MAM PROLOG, CZEKAM NA SZABLON I MUSZĘ UZUPEŁNIĆ WSZYSTKIE ZAKŁADKI. NO TO DO NASTĘPNEGO TU, MYŚLĘ, ŻE SZYBKO, BO CHCĘ ZAKOŃCZYĆ JUŻ AYC I ROZPOCZĄĆ COŚ SWOJEGO, NOWEGO - ZOBACZYMY JAK TO WYJDZIE W PRANIU! 

Jeśli ktoś chce się ze mną skontaktować to zapraszam na:
a tu ja w skrócie:
Pozdrawiam,
CM Pattzy

sobota, 3 października 2015

25. "Zostaniesz ze mną"


"Kto będzie walczył o to, co słuszne?
Kto pomoże nam przetrwać?
Prowadzimy walkę o nasze życia
I nie jesteśmy gotowi umierać."

Wszystko było tak jak zawsze. Pożegnał się z rodzicami i poszedł do swojego pokoju. Wdrapał się na łóżko i zakopał pod kołdrę, tuląc do siebie miśka, którego niedawno dostał za dobre sprawowanie po tym, jak troszeczkę narozrabiał i nikt nie był z tego dumny. Nie mógł jednak zasnąć, bo w pokoju było zimno. Otworzył jedno oko i zauważył, że nikt nie zamknął okna. Zsunął bose stópki na dywan i podreptał do parapetu. Wdrapał się na niego i zachwiał, złapał się firanki aby zatrzymać równowagę. Z trudem, przygryzając w skupieniu język, zamknął okno i wrócił na posłanie…

~*~

Nie mogła spać. Zastanawiała się nad wieloma rzeczami, nie mogła oczyścić swojej głowy z myśli, które tak bardzo ją dręczyły. Czuła się winna za to, że wpakowała Edwarda w kłopoty. Wiedziała, że to silny mężczyzna, ale tkwił z nią, przez nią, w zamkniętym pomieszczeniu. Nie mieli jak liczyć na pomoc. Wiedziała, że w domu czeka na niego córka , której obiecał wrócić, ale nie wrócił. Bella straciła poczucie czasu i tak naprawdę nie miała pojęcia ile czasu siedzieli w zamknięciu razem.
Miedzianowłosy, śpiący mężczyzna koło niej zaczął się niespokojnie poruszać. Jej oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, więc widziała go dość wyraźnie. Na jego twarzy widać było grymas strachu. Odkryła, że gdy mężczyzna spał na jego twarzy malowały się realne emocje, gdy o czymś śnił nie miał na sobie maski, pod którą się ukrywał.
Z czasem Edward zaczął być coraz bardziej napięty i niespokojny. Bella przysunęła się do niego i pogłaskała go po policzku. Otworzył oczy i zamrugał, patrząc na nią ze zdziwieniem i zdezorientowaniem.
— Co robisz? — zapytał, siadając i odsuwając się od niej. Wiedziała, że nie powinna niczego czuć, ale poczuła się odrzucona, nie chciała, aby się od niej odsuwał. Pustka, którą odczuła była nowym doznaniem.
— Miałeś chyba zły sen — mruknęła niby od niechcenia. Ona także umiała idealnie ukrywać swoje prawdziwe emocje.
— Hm — rzucił tylko i zamilkł. Zrozumiała, że nie chce poruszać tego tematu i zaakceptowała to. Oparła się o ścianę i obserwowała go. Edward westchnął i poczuł się nieco winny za gwałtowną reakcję. Przecież nie zrobiła nic złego, a nawet przeciwnie. Skrycie cieszył się, że budząc go, obroniła go przed kolejnym koszmarem, który nawiedzał go nocami. Podszedł do Belli i ujął jej dłoń w swoją, delikatnie ściskając. Jej skóra była zimna i delikatnie drżała. Objął ją i przytulił do siebie, czując jak zastyga w bezruchu w jego ramionach.
— Chcę cię tylko ogrzać — powiedział, chcąc wytłumaczyć swój ruch. Bella pokiwała głową i wtuliła się w niego, kładąc dłonie płasko na jego torsie, by choć trochę je ogrzać.

Obudził ich szum, który dobiegał zza zamkniętych drzwi. Wstali i spojrzeli na siebie, nie rozumiejąc, co się dzieje. Nikt od długiego czasu do nich nie przychodził, nie licząc regularnych dostaw jedzenia.
— Cullen, jesteś tam? — Edward uśmiechnął się pod nosem, słysząc głos swojego kuzyna, Emmetta.
— No w końcu, długo wam to zajęło! Otwórzcie te cholerne drzwi! — zaradzał miedzianowłosy.
— Jak zwykle władczy, nawet w potrzebie. — Osiłka nigdy nie opuszczały chęci na dogryzki. Szczególnie, jeśli chodziło o wkurzanie Edwarda. Po dłuższej chwili otworzył drzwi i do pomieszczenia wpadł strumień światła. Edward objął Bellę i przycisnął ją do siebie, wyprowadził ją z pomieszczenia. Czuł się o wiele pewniej, gdy wiedział, że wszystko już było pod kontrolą, tak jak uwielbiał i miał w zwyczaju. Znów mógł wszystkim rządzić. W krótkim czasie opuścili piwnice, która jak się okazało wcale nie miała miejsca w klubie, ale w jakiś ruinach. Nie byli daleko od miasta. Cieszył się, że obyło się bez awantur i spotkania z Jamesem, ale wiedział, że gdy tylko Moore dowie się, że ich odbito nie pozostawi tego bez reakcji. Edward wiedział, że tym razem będzie gotowy na atak i nie da się tak łatwo złapać. Tak naprawdę Cullen złościł się za siebie i winił siebie samego, bo dał się ponieść emocją, które czuł w stosunku do małej brunetki, która była głównym powodem tego zamieszania.
W domu czekała na niego mała Hope, która od razu z płaczem wtuliła się w ojca i małymi rączkami ścisnęła go, jak najmocniej tylko potrafiła. Edward schował twarz w jej włoskach i zaciągnął się jej słodkim zapachem, bardzo tęsknił za tą małą istotką, która była centrum jego wszechświata, ale nie mógł zaprzeczyć, że ta jego idealna konstelacja została nieco zmieniona przez Bellę, która nieoczekiwanie pojawiła się w ich życiu i nieźle w nim namieszała. Przede wszystkim nie mógł już ignorować uczuć, jakie do niej żywił, zbyt wiele się stało.
Bella z uśmiechem obserwowała Edwarda z córką, wiedziała, że to wszystko było jej winą, i że sprowadziła na tę rodzinę niezłe kłopoty. Wiedziała, iż interesy Cullena nie były święte, jednak nie potrzebował on problemów z Moorem, a przez to, że ją zna będzie je miał. Nie chciała, aby coś mu się stało. Ani jemu, ani jego córce. Byli jedynymi osobami na świecie, o które zaczęła się troszczyć, i które obudziły w niej jakieś ludzkie uczucia, które tak długo próbowała odrzucać ze swojej świadomości.
— Bella! — Usłyszała wesoły głos małej dziewczynki i nie mogła się nie uśmiechnąć. Zaskoczona tym, że Hope do niej podbiegła, kucnęła i pocałowała jej policzek, a potem przytuliła delikatnie do siebie. Córka Cullena pogłaskała Bellę po włosach i zakołysała się delikatnie. — Cieszę się, że wróciłaś z tatusiem — szepnęła nieco zawstydzona, rumieniąc się.
— Ja… — zaniemówiła — ja także się cieszę, że znów cię widzę, Hope.
— Tęskniłaś za mną? — dopytywała dziewczynka.
— Pewnie, że tak. Bardzo cię polubiłam — powiedziała i zorientowała się, że to była prawda. Brakowało jej tej małej, wiecznie uśmiechniętej istotki, jaką była Hope Cullen.
Jej spojrzenie znów odnalazło Edwarda. Wiedziała, że będzie musiała z nim porozmawiać, jednak wiedziała też, że nie może zacząć tej rozmowy przy małej. Młoda Cullenówna była zdumiewająco mądrym dzieckiem i nie chciała, aby wyłapała jakieś zdania z ich rozmowy i zaczęła się martwić. W domu była też Cassie, opiekunka Hope, która zdziwiła się na widok Belli, jednak nic nie mówiąc zawołała małą. Dziewczynka ostatni raz pocałowała ojca i powiedziała, aby nigdzie już nie wyjeżdżał, bo bardzo za nim tęskniła. Ten zapewnił ją, że już nigdzie się nie wybiera i niedługo do niej dołączy, aby przeczytać jej coś na dobranoc.
Udali się do gabinetu Edwarda. Stali, patrząc tak na siebie, a sekundę później miedzianowłosy przyciskał blondynkę do ściany, żarliwie ją całował i błądził dłońmi po jej ciele. Objęła go i wplotła palce w jego włosy, delikatnie za nie ciągnąc.
— Dziękuję — wyszeptała w jego usta.
— No ja myślę — mruknął z lekką kpiną i oderwał się od niej.
Nie nadążała za nim. Minutę, nawet sekundę temu, żarliwie ją całował, a teraz odsunął się z kpiarską nutką w głosie. Bella zmarszczyła brwi i przeczesała swoje włosy palcami. Zastanawiała się nad tym, co było z nim, do cholery, nie tak. Ona też nie była całkiem normalna, ale przecież określała się jasno, a nie była zmienna jak kobieta w ciąży!
— Więc… tak, ja już chyba będę szła — wydukała.
 Edward zaśmiał się i pokręcił głową, oparł się o biurko, które stało w gabinecie.
— Nie wygłupiaj się, gdzie pójdziesz? Na pewno nie do Jamesa, prawda? Chyba, że znów chcesz trafić tam skąd właśnie się wydostaliśmy — rzekł, ominął biurko i wyjął z barku whisky. Nalał sobie do literatki i wziął niewielkiego łyka.
— To co, twoim zdaniem, mam zrobić, co? — zapytała zirytowana jego nastrojami.
— Zostaniesz tutaj — odpowiedział prosto, patrząc jej przy tym w oczy. — Dopóki nie będziesz bezpieczna, a może i jeszcze dłużej. 

________________________________________________________________________
CZEŚĆ, PRZEPRASZAM ZA DŁUGĄ NIEOBECNOŚĆ I PRZEPRASZAM ZA TEN ROZDZIAŁ. NIE ODCHODZĘ, PO PROSTU TROSZKĘ SIĘ POKOMPLIKOWAŁO I ZNIKNĘŁAM Z BLOGSFERY. NIC SIĘ U MNIE NIE NAPRAWIŁO, ACZKOLWIEK NIE CHCIAŁAM PORZUCAĆ BLOGÓW NA TAK DŁUGO. I TAK WRÓCIŁAM TYLKO DO PISANIA. 
MAM NADZIEJĘ, ŻE JESZCZE KTOŚ TU ZE MNĄ JEST, KTOŚ TO PRZECZYTA I MOŻE KTOŚ SKOMENTUJE. POWOLI SZYKUJĘ TAKŻE KOLEJNEGO BLOGA, KTÓREGO ROZPOCZNĘ PO ZAKOŃCZENIU TEJ HISTORII... ALE NA TO NADEJDZIE JESZCZE CZAS. 
ODE MNIE TO CHYBA WSZYSTKO. MAM NADZIEJĘ, ŻE TYM RAZEM POJAWIĘ SIĘ Z NOWOŚCIAMI SZYBCIEJ, I ŻE BĘDZIE TO LEPSZE JAKOŚCIOWO. 

Pozdrawiam,
CM Pattzy

piątek, 10 lipca 2015

24. "Wspólne zło"


"Kiedy odchodzisz, liczę kroki, które stawiasz.
Czy nie widzisz jak mocno Cię potrzebuję w tej chwili?
Gdy odchodzisz,
Każdy kawałek mojego serca za Tobą tęskni."

Strach jest obecny wszędzie. Czai się w każdym kącie, za każdym zaułkiem i w podświadomości każdego człowieka. Nie da się uniknąć strachu, to niemożliwe. Strach jest jak powietrze. Nie ma kształtu i jest obecny, choć nie można go wskazać i dotknąć. Wielu ludzi próbuje unikać tego uczucia lub wmówić sobie, że niczego się nie boją. To nierealne, każdy ma coś, czego się obawia. Tak jest i nic tego nie zmieni. Strach jest nieodłącznym elementem życia każdego i nikt nie uniknie tego okropnego doświadczenia. Nie da się tego oszukać i ominąć.
Edward Cullen był człowiekiem, który nauczył się ignorować strach. Nie mógł znieść bólu, jaki wtedy czuł. Z czasem stawał się obojętny i to właśnie go od środka zniszczyło. Pozostawiony sam sobie. Borykał się z problemami samotnie. Nie mógł jednak ignorować strachu, który nachodził go nocami. Nie mógł ignorować strachu o Hope i o Nią.

~*~

Nie pamięta, kiedy ostatnio widziała Jamesa w takim stanie. Słysząc imię jakiegoś faceta padające z jej ust, gdy go całowała… Wpadł w szał i nie mógł się opanować. Zaczął miotać się po biurze i zwalać rzeczy z biurka. Bella przerażona próbowała wyjść z pomieszczenia, ale to wyprowadziło go z równowagi jeszcze bardziej. Nie powinna od niego uciekać. Nigdy. Była jego.
Złapał ją mocno i cisnął na biurko. Czuła jak ostra krawędź wbija się w jej ciało i jęknęła, ale wiedziała, że to był dopiero przedsmak tego, co ją czekało. I nie myliła się, miała całkowitą rację. James ostro ją przerżnął, używając przy tym siły. Nigdy wcześniej nikt nie sprawił, że czuła się tak okropnie, nie mogła się poruszać i miała wrażenie, że całe jej ciało płonie.
Straciła poczucie czasu i nie miała pojęcia ile trwała ta paskudna zabawa, ale czuła się jak przeżuta i wypluta zabawka. Nie wyszła z biura Jamesa o własnych siłach. Ktoś ją stamtąd wywlókł i wrzucił do jakiegoś pomieszczenia, ale była zbyt zmęczona. Było jej zimno i wiedziała, że leży na czymś twardym, wilgotnym… Powieki miała za ciężkie. Zasnęła.

Ból, powoli, kawałek po kawałku, budził ją z otępienia. Oddychała powoli, biorąc krótkie i płytkie wdechy. Bolały ją żebra i miała wrażenie, że ktoś wbija ostre kolce w jej płuca. Zgięła palce u stóp i zadrżała, czując jak jej mięśnie się napinają. Nawet najmniejszy ruch sprawiał jej ból. Uniosła się na łokciach i jęknęła, zamrugała kilkakrotnie, ale nie widziała nic oprócz czarnej otchłani. Dopiero, gdy jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności mogła odróżnić jakieś drobne detale i zarysy rzeczy. Była w jakimś pomieszczeniu, pustym. Nie było tam nawet okna. Podpełzła do ściany, za każdym razem jęcząc z bólu, gdy musiała się poruszyć. Dotknęła czegoś… Do muru były przyczepione kajdany. Zaszlochała.  Nie pamiętała kiedy ostatnio się tak bała… Chyba gdy uciekała, przed tym jak znalazł ją James… Ten sam James, który ją tu wrzucił.
Znalazła się tam, bo wypowiedziała imię Edwarda. Nagle, nie wiadomo skąd, poczuła ogromną niechęć do miedzianowłosego. To wszystko przez niego! Nienawidziła go w tamtej chwili. Gdyby nie on nie znalazłaby się w takiej sytuacji, nikt nie namieszałby jej w głowie. Nie wypowiedziałby jego imienia, a James nigdy by się na nią tak nie złościł. Nadal czerpałaby przyjemność z tego, co robiła! To wina Cullena, wszystko było winą Edwarda Cullena, pieprzonego dupka, który wywrócił jej życie do góry nogami. Pieprzonego dupka o pięknych zielonych, smutnych oczach, miękkich ustach, doskonałym ciele, które tylko prosiło o to by je dotknąć…
Schowała twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Tak bardzo go nienawidziła.

Tym razem obudził ją jakiś dźwięk. Nadal czuła okropny ból, była głodna i trzęsła się z zimna. Z jednego snu zapadała w drugi, bo jej organizm nie był w stanie znieść osłabienia. Wzięła głośny wdech i uniosła głowę, podpierając się ramionami o zimną ścianę. Czuła chłodny metal kajdanek po plecami i osunęła się w bok, nie chcąc myśleć o tym, że one tam są. Całe szczęście, że nie została do nich przykuta, nawet bez tego nie mogła się ruszyć. Przełknęła ślinę, co przywołało ostre pieczenie gardła. Usta miała spierzchnięte, popękane i suche.
Coś skrzypnęło, a do pomieszczenia wlało się jasne światło. Musiała przysłonić oczy ręką, bo nie była przyzwyczajona do tak jaskrawych kolorów. Jasność nie trwała jednak długo. Usłyszała głuchy jęk, jakby ktoś coś rzucił i drzwi znów się zamknęły. Znów nic nie widziała, jednak po chwili na ziemi zauważyła zarys męskiej sylwetki. Nie mogła uwierzyć w to, kogo widzi. Jęknęła, czuła jak jej żołądek wiąże się w jeden wielki supeł, a żółć podchodzi do gardła. Cała nienawiść wyparowała. Ignorując ból szybko przyczołgała się do leżącego na ziemi Edwarda Cullena, człowieka, który obudził w niej bezbronną dziewczynkę, jaką była kilkanaście lat temu.
– Edward – szepnęła.
To były jej pierwsze słowa, które wypowiedziała w tym pomieszczeniu. To było także słowo przez, które się w tym pomieszczeniu znalazła. Przez to słowo chwilę temu czuła nienawiść, która przepełniała każdą komórkę jej ciała. Jednak widząc go tak bezbronnego, leżącego na ziemi w tym miejscu. Byli w tym razem i oboje nie mieli dokąd uciec. Przed przeszłością ani przed teraźniejszością nie było ucieczki.
– Edwardzie, proszę, otwórz oczy – wychrypiała, krzywiąc się. Bolało ją gardło, a jej głos brzmiał okropnie. Nie mogła uwierzyć, że ona wydaje te dźwięki.
Mężczyzna jednak się nie poruszył, nie otworzył oczy, ani nic nie powiedział. Usiadła i położyła jego głowę na swoich kolanach, głaskała go po policzku. Po jej twarzy spłynęły łzy. Pochyliła się i delikatnie go pocałowała, drżąc przy tym nie z zimna, ale z emocji, które się w niej kłębiły. Nie pozwoliłaby sobie na takie zachowanie, gdyby był przytomny. Nie mogła pokazać tego jaka była słaba, znów była słaba.

James ją bił. Okładał ją pięściami po całym ciele. Syczał jej wściekle do ucha, wyzywał ją i sponiewierał. Wszystko ją bolało, próbowała mu się wyrwać, ale była zbyt słaba, a on zbyt silny. Rzucił ją o ścianę, a potem dopadł siadając na niej okrakiem i zdzierając z niej ubrania. Czuła się poniżona, choć tyle razy widział jej ciało, nigdy nie odbywało się to w taki zwierzęcy i nieludzki sposób.
– Edward! Edward! – krzyczała imię osoby, która mogła jej pomóc.
– Bello, cholera jasna, obudź się! Otwórz oczy! – usłyszała.
Poczuła, jak ktoś potrząsa delikatnie jej obolałym ciałem. Otworzyła oczy, oddychając gwałtownie, niemalże dysząc. Jej oczy były rozbiegane, szukając jakiegokolwiek źródła światła. Sceny z koszmaru nadal nie opuściły jej umysłu. Powieki miała ciężkie, ale nie pozwalała im opaść na zmęczone oczy.
– Co ci się śniło do kurwy? – zapytał… Edward! Spojrzała w jego stronę, zamrugała. Położyła dłoń na jego ramieniu i wyjąkała coś niezrozumiale, a potem pokręciła głową. Nie wiedziała jak, ale nagle znalazła się w mocnym uścisku mężczyzny i oddała się temu całkowicie. Wtuliła twarz w zgłębienie jego szyi i zaszlochała cicho.
– James, nic, nieważne – odpowiedziała, kręcąc głową.
Zorientowała się na jak wiele sobie pozwoliła. Kontakt fizyczny, łzy. Cholera! Odsunęła się niechętnie od niego i pociągnęła nosem.
– Co ty tu robisz? – zapytała.
– Szukałem cię i jak widać znalazłem. Szkoda, że w takim miejscu – mruknął. Czuła jak jego ciało się spina, a chwilę później Edward wstał z cichym jękiem. Odszedł, ale po chwili znów był przy niej i usiadł, opierając się o ścianę.
– Obiecałem Hope, że wrócę na kolację – westchnął, a Bella poczuła nieprzyjemny ścisk. Wiedziała, że to jej wina, przecież to jej szukał. I cieszyło ją to, ale gdyby nie przyjechał do klubu…
– Przepraszam – szepnęła cicho, patrząc w jego stronę.
– To w niczym nie pomoże – mruknął – musimy się stąd wydostać. Wiesz w ogóle, gdzie jesteśmy?
– Podejrzewam, że pewnie pod klubem, nie wiem. Nie miałam pojęcia o tym miejscu – przyznała, bawiąc się palcami. – To moja wina, wciągnęłam cię w to. Nie powinn…
– Och, zamknij się! – krzyknął, a ona podskoczyła. – Mówiłem, że to nam nie pomoże… To jest jakaś chora sytuacja, która nie powinna mieć miejsca w moim życiu. Ty nie powinnaś mieć miejsca w moim życiu! Wszystko spieprzyłaś i wywróciłaś do góry nogami!
– A więc to ty jesteś ofiarą, tak?! – wściekła się, a uspokojona nienawiść znów dawała o sobie znać. – Przecież też tu siedzę i to przez ciebie! Całując Jamesa myślałam o tobie, wściekł się, gdy zamiast jego imienia wypowiedziałam…
– Moje imię? – uniósł zaskoczony brew.
– Twoje, cholerne, imię – warknęła, chowając twarz w dłoniach.
Przez dłuższą chwilę milczeli, pogrążając się w swoich myślach. Zastanawiali się nad tym, jak to wszystko mogło doprowadzić do obecnej sytuacji, ale na to nie było odpowiedniej odpowiedzi. Edward przysunął się do niej i objął ją ramieniem.
– Nic ci nie jest? – zapytał delikatnie, a ona opuściła głowę na jego ramię.
– Dawno nie czułam się tak do dupy – wyznała. 


__________________________________________________________________________

DOBRA, JA JUŻ NAWET NIE BĘDĘ PRZEPRASZAĆ, BO WSTYD. ZA KAŻDYM RAZEM PRZEPRASZAM, A I TAK NOTKI SIĘ SPÓŹNIAJĄ! NO JA NIE WIEM, CO TO ZE MNĄ. W KAŻDYM RAZIE DZIĘKUJĘ ZA CIERPLIWOŚĆ, ALE WIADOMO JAK TO JEST... KONIEC ROKU, A POTEM JA POJECHAŁAM NAD MORZE. TYDZIEŃ POD NAMIOTAMI WSPOMINAM MIŁO, OPRÓCZ TEGO, ŻE SIĘ SPALIŁAM, BO MOJE CIAŁO NIE AKCEPTUJE SŁOŃCA W DUŻEJ ILOŚCI (PEWNIE DLATEGO, ŻE MAM UCZULENIE NA SŁOŃCE xd). 

ROZDZIAŁ JEST, DOKOŃCZYŁAM GO DZIŚ ZADZIWIAJĄCO SZYBKO, BO MIAŁAM TAKĄ WENĘ. ZAWSZE CHCIAŁABYM BYĆ TAK GOTOWA I CHĘTNA DO PISANIA :p BARDZO PRZEPRASZAM ZA ZALEGŁOŚCI NA WASZYCH BLOGACH, ALE OSTATNIO MNIE NIE BYŁO I NIE MIAŁAM DOSTĘPU DO KOMPUTERA, INTERNETU, CZEGOKOLWIEK. OBIECUJĘ, ŻE POSTARAM SIĘ W WOLNYCH CHWILACH WSZYSTKO NADROBIĆ! 

CO SĄDZICIE O TYM ROZDZIALE? CZEKAM NA WASZE OPINIE. NIE TAK TO MIAŁO BYĆ, ALE WSZYSTKO ZMIENIŁAM NA OSTATNIĄ CHWILĘ, BO TAK JAKOŚ MNIE NATCHNĘŁO :) 

HM, PEWNIE COŚ JESZCZE CHCIAŁAM NAPISAĆ, ALE ZAPOMNIAŁAM - JAK TO JA. OKEY, WIĘC DO ZOBACZENIA W NASTĘPNYM ROZDZIALE, KTÓRY MAM NADZIEJĘ UKAŻE SIĘ SZYBCIEJ :* 

Pozdrawiam,
CM Pattzy
miłych wakacji, kochani!
Mrs. Punk